Martin - mój mentor, przykład artysty do naśladowania. Bezwzględny w każdym calu. Jedyny w swoim rodzaju, unikatowy człowiek, którego chciałabym niespodziewanie spotkać na ulicy i podziękować mu osobiście za natchnienie mnie do działania. Tego właśnie szukałam.
Nie, to nie jest idealizowanie człowieka. Zdarza mi się to na prawdę rzadko,. Ba! Nawet prawie w ogóle! Sądzę, że to jest jeden z niewielu ludzi, którzy są sobą, a to przecież znany celebryta. Jest sobą. Nie jest sztuczny. Jest odzwierciedleniem ludzkiego szczęścia, co daje nam do zrozumienia, że każda istota ludzka może zaistnieć oraz spełniać swoje marzenia.
Powiecie "A, dziewczyna pewnie się zadurzyła w człowieku, który jest dla niej nieosiągalny". Nie. Dla mnie to jest człowiek, który mógłby być moim przyjacielem. Nigdy się nie zawiodłam na swojej intuicji. Ja z kolei nie chcę być znaną "gwiazdą". To zdecydowanie nie dla mnie. Aktorem - nigdy. Scenarzystą, pisarzem, fotografem, f i l o z o f e m - jak najbardziej. Jestem typem duszy artystycznej. Miewam bujną wyobraźnię, którą przelewam na papier, uwieczniam w kadrach. To są jedne z niewielu form, które po nas zostaną na tym świecie, kiedy nas zabraknie. Choć pamięć pozostanie. Próżne życie, szare życie, które przecież tak na prawdę powinno być usłane tak zwanymi różami. Życiu należy nadać barw. To MY decydujemy o tym, jak nasze życie się potoczy. My narzucamy mu swój rytm. To jest nasz scenariusz, my go piszemy. Należy sięgnąć odrobinę wyżej, po wiarę w samego siebie. Gdy już będziecie mieć swój mały sukces, z którego będziecie dumni, zapewniam Was, że krok po kroku dążycie na sam szczyt swoich marzeń.
Marzenia są dla osób, które nie boją się wyzwań, pod warunkiem, jeżeli je realizują. Ponawiam, nie bójcie się wyjść na świat. Przecież świat stoi przed wami z otwartymi rękoma. Ale należy tylko chcieć!

Te słowa, ten blog dedykuje wszystkim osobom, które nie wierzą w siebie. Skoro to was ma podnieść na duchu - jestem typem osoby nieśmiałej. Może trudno w to uwierzyć, ale taka jest prawda. Choć dzięki kilku osobom zdobyłam umiejętność waleczności, osoba która dąży do wyznaczonego celu.

Adrenalina. Podczas, gdy John i Sherlock rozwiązywali tajemnicze zagadki, towarzyszyła im adrenalina, płynąca w ich żyłach. Akcja, radykalne-logiczne myślenie. Te czynniki sprawiały, że sprawa za sprawą, co raz bardziej się wciągali. To było ich przeznaczenie. Bo los tych dwójki ludzi złączył. Sherlock poznał Johna, nie innego Johna, czy innego człowieka, właśnie Johna Watsona. To są dwaj mężczyźni o zupełnie innych poglądach, dotychczasowych przyzwyczajeniach, innym stylu bycia. Przeciwności się przyciągają, jak widac, lecz dodam, że muszą na siebie natrafić dwie osoby, które interesują się podobnymi sprawami. I tak było między Holmesem i Watsonem. Oboje lubili pomagać ludziom, lubili rozwiązywać zagadki oraz ubóstwiali niebezpieczeństwo. Nie bez powodu Mycroft stwierdził, że Johnowi brakuje wojny, w której brał udział w Afganistanie.


John Watson uratował życie Sherlockowi strzelając prosto do taksówkarza. To był chirurgiczny strzał. Prosto w dziesiątkę. Czy aż tak szybko można przywiązać się do człowieka? Czy to był strzał, aby uratować ludzkie życie. Zwykły ludzki odruch, w tym wypadku odruch, który był początkiem czegoś wielkiego. Wielkiej przyjaźni, która zapoczątkowała tak nagle. Kto mógłby się tego spodziewać...
Natomiast Sherlock uratował życie Johnowi podczas, gdy zadał strzał Magnussenowi. Vice Versa? Czy (nie)zwykły odruch przyjacielski? Sherlock podczas, gdy umierał, dał z siebie wszystko, aby przeżyć. Zrobił to wszystko dla Watsona. Prawdę mówiąc Sherlock miał tylko jego, poczciwego weterana wojennego.

Inną drogą, chciałabym już ukazać Wam kilkunasto-stronnicową książkę, która piszę z perspektywy Johna Watsona, lecz muszę ją skończyć. Jedna książka będzie zawierać ok 100 stron. 1 sezon = 1 książka.